Może to taki trochę niefortunne zaczynać bloga od tematu kaloryfera, ale....
Chyba zepsuł się zawór i leje się woda z kaloryfera w kuchni, oczywiście kiedy to się stało? W niedzielę wieczorem, kiedy NIC NIE MOŻNA Z TYM ZROBIĆ!!! Czy czeka nas bezsenna noc przy dźwiękach spadających kropli? Czy jak zaśniemy, to wiaderko się nie przeleje? Co jutro?
Te i wiele pytań dręczy mnie w związku z tym kaloryferem. Jest kolejną rzeczą, która psuje się w tym mieszkaniu. Zaraz po starych, śmierdzących rurach w łazience, zapchaniu się syfonu, zepsutej pralce, cieknącym kranie w kuchni i wielu innych pomniejszych usterkach.
Chcę powiedzieć też, o czym będzie ten blog. Głównie o snach, bo jest ich dużo, często, intensywnie. Ale o snach w powiązaniu z wydarzeniami dnia codziennego, bo w końcu jedno z drugim przeplata się nieustannie.
Na początek urywki snów, które śniły mi się jakiś czas temu, ale wciąż siedzą w głowie, nie chcą odpuścić jak inne:
1. Idę do jakieś znachorki/wróżki/uzdrowicielki z pytaniem o źródło moich problemów zdrowotnych. I tak idąc przychodzi mi do głowy, że głupio iść do kogoś tak mądrego jak ta kobieta bez żadnej głębszej wiedzy na swój temat. Postanowiłam więc zagłębić się w swoje DNA, w swoją linię genetyczną i cofnąć się wstecz aż do czasów średniowiecza. Tak też zrobiłam [choć wciąż nie wiem jak] i okazało się, że moje problemy nie mają źródła tu i teraz, ale właśnie wywodzą się jeszcze ze średniowiecza. Pani uzdrowicielka potwierdziła moje odkrycie:)
2. Jadę super autem, coś w stylu Mustanga, ale sportowy, nowoczesny. Obok mój brat. Wrzucam jedynkę i auto od razu przyspiesza do 300 km/h - jest wow, ale czuję, że nie do końca mam nad nim kontrolę. W pewnym momencie odrywamy się od ziemi i lecimy. W dole widzę policjantów i boję się, że zaraz zatrzymają mnie za przekraczanie prędkości. Robię się coraz mniejsza albo samochód coraz większy, bo przestaję sięgać nogami do pedałów. Zaczynam się bać, że coś się stanie, bo nie panuje nad sytuacją. I nagle auto zamienia się w konia i galopujemy po niebie. Potem jesteśmy w jakiejś wiosce, jestem ja i jeszcze jacyś znajomi, wszyscy konno. Przed nami góra, musimy ją pokonać w drodze do domu [?]. Jakiś człowiek tłumaczy nam, że przez górę wiodą 3 drogi - niebieska, żółta i czerwona. Niebieska jest najkrótsza, ale najtrudniejsza, żółta najłatwiejsza, a czerwona średniotrudna. Wybieram czerwoną. Okazuje się wąskim, niezbyt stromym wąwozem wypełnionym opadłymi z drzew liśćmi. Trzymając konie za uzdy idziemy po mały pod górę. Po jakimś czasie wychodzimy na płaszczyznę porośniętą łanami zbóż. Zmienia się perspektywa i teraz obserwuję nas z góry - przecinamy zboże i idziemy w kierunku jakiegoś budynku [chyba szkoły]. Nagle nadlatują jakieś złe postaci, coś jak Nazgule z Władcy Pierścieni, myślę tylko o tym, jak nas przed nimi uratować. Dalej sen jest niejasny, budzę się...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz